Latarnia

Latarnia.
Stoję na brzegu i patrzę w bezkresną ciemność, jaką roztaczają wody przede mną.
Błysk. Ciemność.

Znów boli mnie głowa. Nie, nie piłem głuptasie. Cały dzień przesiedziałem w tym zatęchłym biurze, zmuszony do wysłuchiwania głupot, jakie pieprzą moi współpracownicy. Co? Nie słyszę. Możesz powtórzyć? Ach tak, kino. Zapomniałem, że to dzisiaj, przepraszam. Przełożymy to na jutro? Na pewno będę się lepiej czuł.

Latarnia.
Błysk. Ciemność.

Czas powoli wracać do domu. Mam nadzieję, że M. nie zadzwoni, bo nie zniosę tego cholernego „dryn dryn”.
Morska toń przyciąga oko, jak nic innego. I do tego ta latarnia… Błysk, a potem ciemność. Błysk, a potem ciemność. I tak ciągle, od zmierzchu do świtu.

Doczłapałem się do swojego niewielkiego, aczkolwiek własnościowego mieszkania w centrum Warszawy. Klucz do zamka, słychać charakterystyczne *trchrtt i pociągam za klamkę. Moim oczom ukazuje się doskonale znany widok: kot leżący na sofie, buty pochowane do szafek i kawałek gówna na podłodze. To na pewno zemsta za brak posprzątnia kuwety. Ech, wredne kocisko. Powolnym krokiem kieruję się do salonu, sadzam tyłek na sofie obok kota i zamykam oczy.
Śnią mi się dziwne rzeczy… Biegam z nożem i szlachtuję ludzi. Nie wygląda to na zwykły mord, ale na rytualne zabójstwa w imię jakiegoś boga. Dziwne, przecież jestem agnostykiem i ogólnie to leję na religię. A może to znak i zostanę wybrany, jak ten no.. jak mu było.. Mojżesz! Nieee, to niemożliwe.

Godzina 13:40, dzwoni budzik. Przyjemnie jest się wyspać, wstać bez pulsującej z bólu skroni. Kupa, siku, potem prysznic, umyć zęby, zjeść śniadanie, znów umyć zęby. W sumie to nie robiłem tego tak dawno, że zaczynam doceniać stan, który potocznie nazywa się czystością. Bo jak można być czystym posiadając bakterie kałowe na ustach? Dobra, wiem… Za dużo gadam.

Spakowałem się. Nie pójdę z nią do kina. Najzwyczajniej w świecie nie pójdę. Mam ochotę zapakować nóż i wbić go komuś w plecy. Ale przy latarni, bo tam błysk, ciemność…


Tajemnica złotego słowa, część pierwsza

Uwielbiam takie dni, kiedy przerażony wchodzę do redakcji. Pomieszczenie zadymione, wręcz siwo w nim od dymu. Przedzieram się przez gęste chmury do mojego stolika, przy którym składam papier w całość. Na nic więcej mnie nie stać.
Ogrom pracy przytłacza mnie coraz bardziej, gdyż do jutra muszę złożyć plus, minus 700 numerów. Jestem na czwartym. Co chwilę docierają do mnie chichoty „kolegów” i „koleżanek” z pracy. Szydercze, znienawidzone przeze mnie drwiące śmiechy. To, że nie oni piszą, a ja składam, nie czyni ich przecież lepszymi.

Moim codziennym marzeniem było wstać rano, przetrwać pracę, wrócić do swoich czterech cichych, śmierdzących niedopałkami ścian. W pokoju oprócz lampki i biurka miałem tylko tapczan, a odżywiałem się zazwyczaj tanimi, gotowymi, kupionymi na mieście kanapkami. Nie zachwycałem wyglądem, bo nosiłem zawsze szare, wyciągnięte spodnie, brązową koszulkę (na niej miałem zazwyczaj flanel w czerwoną kratę) i kaszkiet. O butach pisać raczej nie ma co, bo podeszwy miały dziurawe, a na nowe stać mnie nie było. Nie należę do osób wysokich, które błyszczą na tle innych. Miałem blond włosy, jasne niebieskie oczy i ciemną karnację. Buzia była całkiem gładka, dopóki nie porobiły się na niej bruzdy ze starości i zmarszczki.

Siedzieć w domu, zamykać oczy i marzyć. Siedzieć w domu, zamykać oczy i marzyć. Sie-dzieć w do-mu, za-my-kać oczy i ma-rzyć. Brzmi tak banalnie, a ja wciąż nie mam pomysłu jak wbić się do branży. Sie-dzieć. Ma-rzyć. KURWA! Przecież to brzmi jak bajki dla dzieci. Zawsze, gdy oglądam świat pod powiekami to widzę to samo: zielony las, dzikie zwierzęta i tą rudowłosą dziewczynę siedzącą na środku polany półnago. Co to ma znaczyć? Całe życie jestem przecież samotny. Ale ona nie daje mi spokoju.

Poszedłem do mojego przyjaciela, pisarzem znanym był. Siedział w redakcji niedaleko mnie i pisał te swoje opowiadania kryminalne. Co to były za TEKSTY! Krew, morderstwa, brak poszlak, słabi i mocni detektywi, korupcja… Ech długo by wymieniać.
Kiedy zapukałem do jego drzwi to usłyszałem ciche „wejść”. Uchyliłem drzwi, a on siedział z raną w piersi i ledwo zipał. Podbiegam, łapię za szmatę (w zasadzie to rwę swoją flanelę) i robię okład. Biorę pod ramię i chcę z domu wyprowadzić, ale on się zapiera. Nie wiem o co mogło mu chodzić. Wskazał tylko szufladę i leżący na blacie do niej klucz. A potem rzekł:

– Mike, pamiętaj, żeby pieniądze Cię nie zmieniły. Pamiętaj..

I tak wyzionął ducha. Długo zastanawiałem się, o co mogło chodzić. Na sukces i bycie zamożnym skazany nie byłem, więc wydawało mi się, że bredzi. Zabrałem klucz i wybiegłem czym prędzej z kamienicy, w której żył. Na drugi dzień gazety takie miały nagłówki „MORDERCA ZNANEGO PISARZA VASILLIO DA BRAVA NIEZNANY” albo „DON VASILLIO NIE ŻYJE! ZOSTAŁ ZAMORDOWANY W ŁÓŻKU”. Szkoda, że nikt nie wiedział jak było naprawdę. No, prawie nikt.


Zaszumiało mi za oknem. Część I.

1939 rok. Wybuch wojny wstrząsnął całym światem, ale tu w USA byłem bezpieczny. Nie werbowano nas do wojska, nie kazano strzelać. Nic nie kazano. Żyliśmy swoim błogim, nudnym, amerykańskim życiem.

Leżałem w pokoju, tak jak to zawsze robiłem popołudniami. Za oknem spokojnie świeciło zachodzące już słońce, a ja dalej gniłem z fajką w mordzie i „Tortilla Flat” Johna Steinbecka w łapie. Dookoła mnie były tylko cztery ściany pomalowane na biało (mama lubiła sterylne pomieszczenia), komoda, na której trzymałem swój księgozbiór oraz szafa z ubraniami. Schodzący lakier z mebli przypominał mi, że biedny jestem i nie czeka mnie nic innego, jak praca na farmie u ojca. Taaa u ojca. Zaczytywałem się w tych różnych powieściach. Lubiłem historie, w których grupę młodych ludzich, obchodzi tylko podrywanie dziewczyn, picie wina i włóczenie się po miasteczku.

Miałem długie, niezbyt zadbane włosy, niebieskie oczy, które pragnęły całego świata dla siebie. Dłonie spracowane od pomagania tacie, nogi jak u kulturysty i te dobrze zbudowane ramiona. Nic poza fizyczną siłą mi nie pozostało. Przecież wiedza teraz nie dawała, a zabierała prace i życia w całej Europie. A silni przetrwają! Tak mawiał papa. Tak mawiał dziadek. Pewnie i ja tak w przyszłości powiem swojemu dziecku. Jeśli będę je miał.

Tato był farmerem. Jak każdy pierworodny syn w każdej rodzinie. Mnie też czekał taki los. Nic by mnie nie odrzucało od tej pracy, gdyby nie fakt, że Jim, ojciec mój, tyranem był. Potrafił złoić nam skórę za byle co. Źle postawiłem szklankę, krzyk. Nie tak pracowałem, pas. Nie potrafił rozmawiać. I to był błąd. Każdego ranka, z moim rodzeństwem zastanawialiśmy się, czy znów złoi nam skórę.

3 listopada, gdy na zewnątrz wiało już niemiłosiernie, a z domu strach było wyjść bez kurtki i cieplejszych skarpet nastąpił przełom w moim życiu. Stwierdziłem, że do wojska pójdę. I nieważne jest, czy na wojnę nas wyślą, czy nie. Dla siebie, żeby się wyrwać z tej małej mieściny. Żeby tylko nie pracować na farmie.

CDN

KM. Namówiłaś mnie do czegoś innego. Dziękuję!


Nie jesteś obojętna.

„Stosunkowo niedawno moje życie nie było poukładane. Papierosy, kawa, alkohol, dragi… Niszczyło mnie to wszystko po tym jak zobaczyłem brata powieszonego w łazience.” – napisał w swoim pamiętniku Mark.

To wszystko na początku wydawało się takie proste. Wziąć, napić się, zapalić, napić się, wziąć i tak zataczało się moje błędne koło. Nie ukrywam, że nie chciałem wracać do normalności. Ten stan dawał mi możliwość poznania rzeczy wyższych. I się skończyło. Delirium co rano, popękane naczynia krwionośne i ten donośny płacz matki. Codzienne krzyki w domu, codzienne wyrzuty sumienia. Heroina zniszczyła mi życie.
W końcu jednak poznałem Ciebie. Na początku wyglądało to na zwykłą znajomość. Przecież tylko rozmawialiśmy. Nie spotykaliśmy się, bo i jak? Dzieliło nas pół kraju, a bilety lotnicze do najtańszych nie należą. Miałaś piękne brązowe włosy, piwne oczy i delikatne dłonie, które poznałem na pierwszym spotkaniu. Nie trwało one długo. Nie miałaś czasu, a ja przyleciałem do Twego miasta, gdyż znalazłem tam pracę. Chciałem po prostu być jak najbliżej Ciebie, żeby móc uciec od dawnego życia. Pomogłaś mi. Wystarczyło jedno, może dwa spotkania i już wiedziałem co chcę począć ze swoim życiem. Obiecałem kiedyś Mike’owi, że będę dobrym facetem dla otaczających mnie ludzi. Ty powodowałaś, że tę obietnicę chciałem spełniać. Nie trwało to długo, a już wiedziałem, że zakocham się w Tobie na amen. Imię Twe… z resztą przecież to nie jest ważne. Najważniejsze to móc Cię widzieć. Nie tylko za dnia, ale także w księżycową noc, kiedy światło pada na Twoje piękne ciało.
Jednak nasz american dream nie trwał długo. Chciałem… Starałem się… Walczyłem. Odeszłaś. Minęło kilka długich dni, gdy napisałaś, że jednak nie dajesz sobie rady. Potem usłyszałem dzwonek do drzwi. Otworzyłem i… po prostu byłaś.

„Jedna chwila to trzy momenty. Daj mi więc całe życie chwil, żeby nie musieć walczyć już ze strachem, a być tylko przy Tobie. Daj mi część siebie, którą skrywasz pod powłoką skóry. Daj mi życie.” – list Marka do niej..

Nie był nikim szczególnie uzdolnionym. Kochał to co robił. Jednak życie nie przynosi tylko dobrych chwil. Czasami daje solidnego kopa w tyłek. Był to 1 sierpnia, jego urodziny. Jechał do niej samochodem, gdy nagle ktoś spowodował wypadek. Umarł.


Kolejny niewysłany list

Olsztyn, dzień byle jaki, jak zawsze, roku nie pamiętam

Droga… sama wiesz, że to o Tobie,
Piszę kolejną noc, ale nie mogę nic z siebie wyrzucić. Ciekawi mnie czemu przestałaś się odzywać, jak Ci się układa w życiu, co robisz ze swoimi pasjami. Nadal boli mnie brak Twojej osoby blisko mnie. Najchętniej cofnąłbym czas i nie puścił Cię nigdzie. Chcę tak bardzo.., a nie mogę nic.
Patrzę na zegarek co chwilę i odliczam kolejne sekundy, gdy Ciebie nie ma. Tak, nie potrafię się od Ciebie uwolnić. Nie umiem zostawić w tyle tego, co było między nami i zapadam się  w sobie. Przez moje nieudolne próbowanie powrotu do normalności zostałem wyrzucony ze stancji. Na wyprowadzkę mam czas do czwartku. To tak jakby cały świat obrócił się do mnie plecami.
Nie wiem czemu to piszę. Nie będzie to długi list. Może tylko po to, aby sobie ulżyć w oczekiwaniu na cud Twojego powrotu do mnie? A może tylko po to, by spróbować zabić w sobie część, która Cię kocha i nie umie przestać. Musiałbym zabić całego siebie. Nie raz leżę, gdy już wszyscy śpią i płaczę w poduszkę. Nie wiem czemu. Łzy mi same lecą i mam nadzieję, że zabiorą wszystko co we mnie siedzi. Nie dzieje się tak jednak.
Kocham Cię tak samo jak kochałem na początku. Mocno, szalenie, bez ustanku. Chcę znów się z Tobą widywać, powoli przywracać tę skostniałą już teraz znajomość. Mam nadzieję, że zaczniesz się odzywać. Mam nadzieję, że nie dożyję tego momentu. Mam nadzieję… Po prostu ją mam. Ona nic mi nie daje. Niczego też nie chce w zamian bycia przy mnie. To chyba jedyna kobieta, która mi została po Tobie…


.

Dlaczego kiedy myślę, że już się oderwałem od każdej dziwnej chwili w moim życiu Ty wracasz tak niespodziewanie i tak bardzo bolisz? Nie rozumiem samego siebie, więc nie proś abym zrozumiał Twoją sytuację, Twoje wybory czy też znaki jakie mi dajesz. Lubię, gdy się odzywasz. Nienawidzę gdy jesteś taka oschła w tych rozmowach. Gdzie się podziały te czasy kiedy potrafiliśmy pisać od rana do nocy. Gdzie te czasy kiedy chcielismy uciekać z domu aby tylko koło siebie być? Gdzie?


Wyrzucam to!

Wszystko, co dobre musi się skończyć. Przecież nie można trwać wiecznie w szczęściu i nadziei na lepsze jutro. Są nawet takie chwile, gdy nie pomaga muzyka, kawa i czekolada. „Po ilu kostkach się uśmiechniesz?” A co, jeśli odpowiem, że żadna nie pomoże w wywołaniu uśmiechu na twarzy? Dopada mnie chandra, taki ciężki stan umysłowego i cielesnego wyniszczenia, który doprowadza mnie do lenistwa i braku chęci na cokolwiek. Położyć się, zakryć kołdrą po czubek głowy i nie pokazywać się światu. Niektórzy mówią, że pomagają także podróże. Jednak gdzie można wybyć nie mając nawet grosza w potrfelu i zdychając z głodu? Cały czas pierdolone, błędne koło.
Patrzę w przeszłość i nie potrafię umieścić samego siebie w teraźniejszości. Żyłem złudnymi nadziejami, chciałem jak najlepiej, najmocniej, najtrwalej. Dostałem wielkie N I C. Cały czas nie potrafię wyrzucić z pamięci wspólnie spędzonych chwil i każdej, dosłownie każdej wypowiedzianej do siebie frazy. Rozpamiętuję te ciepłe i zimne wieczory spędzane na spacerach albo w łóżku. Lubiłem Twój zapach jak żaden inny. Mówisz mi, że to już przeszłość, zbiór wspomnień. Szybko zapominasz. Byłem, a może jestem aż tak złym człowiekiem?
Herbata jaśminowa to znak Ciebie w moim samotnym już teraz domu. Jej zapach wypełnia kuchnię co dnia. Pamiętam jak zawsze kazałaś mi ją zalewać wodą, która ma 80 stopni Celsjusza, bo przecież od cieplejszej to już nie będzie to samo. Ale czym jest sama herbata, gdy nie widzę Twoich dłoni trzymających kubek albo ust spijających delikatnie z jego wnętrza?  Nienawidzę wszystkiego. A wszystko skłania się ku Twojej osobie.
Nie mam siły wyjść z domu, ruszyć nogą czy ręką. Mózg mi puchnie od prób zapominania i życia dniem dzisiejszym. Żołądek jest coraz bardziej skurczony, a kilogramów ciągle ubywa. Umieram każdego dnia, by narodzić się  w męczarniach na nowo. Cały czas, jaki Cię znam na wylot sprawił, że nie jestem już tym samym człowiekiem. Najchętniej bym cofnął czas by nigdy Cię nie poznać, żyć łatwiej, szybciej, lepiej. Dzień, w którym Cię poznałem był najlepszym i zarazem najgorszym dniem mojego życia. Tyle dobrego, a tak wiele złego się wydarzyło. Jak mogę znów stać się szczęśliwym?
Wychodzę co noc na balkon i patrzę się na czarne od wypluwanych z kominów smrodów niebo. Patrzę i przypominam sobie jak lubiłaś czyste, nocne niebo. Patrzę i marznę, żeby oddać się męczarniom cielesnym, co by zabiły te umysłowe. Próbuję. Staram się. Próbuję. Staram się. Codziennie to powtarzam. Jednak, gdy tylko kładę się nad ranem by przespać znów dwie lub trzy godziny moją głową zaprząta Twoja osoba. Jest to bardziej męczące niż wielogodzinny trening. Moja miłość jest autystyczna, nijaka, jednostronna. Co dostałem w zamian? Wielki ból i rany głębsze niż te zadane nożem. Gdybyś wyrwała moje serce zobaczyłabyś multum blizn, które są wywołane Twoim brakiem.
Jestem Brad. Mieszkam na ulicy Amityville w małym domku. Niedawno zacząłem pracę, która przynosi mi niezłe dochody i mnie satysfakcjonuje. Mam swoje cztery ściany, pokój gościnny, kuchnię i łazienkę. Mam też Twoją sypialnię i nawet do niej zaglądam. W szafkach nadal pochowane są Twoje rzeczy, a w komodzie leży bielizna. Łóżka wciąż przykrywa derka, którą dostaliśmy w prezencie od Twoich rodziców. Wszystko Twoje. Nic mojego. Czuję się na Amityville jak ktoś obcy, wynajmujący własne mieszkanie samemu sobie. Czuję się jak parias, który nie ma już dokąd pójść. Czuję się jak ćpun, starający się złapać szczęście jak kolejną działkę heroiny, co by móc normalnie funkcjonować. Daj mi lekarstwo, a zapomnę.
Nazywam się Squishy. Jestem miękkim facetem skrywającym się za maską skurwiela, którego niby nic nie obchodzi. Tylko Ty mnie znałaś dokładnie. Nie otwieram się, zamykam swe wnętrze na klucz. Mówisz, że chcesz ze mną porozmawiać. O czym? O kolejnym po mnie poznanym „dogłębnie” chłopaku? O kolejnym Twoim wybryku, bo coś Ci się przestało podobać? A może po prostu sprawia Ci przyjemność torturowanie mojego „ja”.
Czasami odwiedzają mnie rodzice. Jest to rzadkie jak opady śniego w Californii. Jednak te spotkania przynoszą ulgę. Już kilka razy chcieli mnie wysłać do psychologa, jednak ja wolę moją mamę. Jedyną kobietę, która kocha mnie szczerze. Jedyną, która nie zostawi mnie w potrzebie, dopóki nie odejdzie. Wolę mojego ojca, który nie zawsze był najlepszym człowiekiem. Tego skurwiela, który potrafił uderzyć mnie i mamę za nic. Tego, który potrafił swój żal do świata wyładowywać na dorastającym wtedy synu. Tego, który teraz stara się wszystko naprawić, bo na nic nie jest za późno. Jednak najlepszym psychologiem jest cisza. Tak wiele jej tutaj. Czuję się czasami jak w psychiatryku. Idąc po mieszkaniu wydaje mi się, że widzę pokoje bez klamek, a ściany pokrywa biała mata chroniąca przed urazami cielesnymi. Mam wrażenie spętanego. Takiego, który już nigdy nie uwolni się od tej, którą pokochał i był to pierwszy raz w jego życiu.

P.S Miałem ochotę wysłać Ci to pocztą, jednak porwałabyś to zapewne i rzuciła gdzieś w kąt. Chociaż nie, Twój pedantyzm nie pozwoliłby Ci na to.

P.S.2 Chcę wręczyć Ci to osobiście, ale nie da rady. Przecież i tak się nie spotkamy. Sama z siebie się nigdy nie odzywasz.

P.S.3 Staram się przemóc i wyjść z mieszkania prosto pod Twoje drzwi na Fleet Street, jednak nie wiem czy to dobry pomysł.

P.S.4 Wyrzucam to. Przecież i tak nie ma większego znaczenia co zrobię. Masz już innych.

Brad.