1982

W domu nigdy nie było lekko… – pomyślał Van Dergen i dalej kroczył po zalanej ulicy deszczem. Przecież co by się nie działo to zawsze był jego dom, jego rodzice. Tylko zastanawiał się, czemu do jasnej cholery tak bardzo dostawało mu się w kość? Najgorsze były chyba momenty jak zjeżdżał po dość długiej nieobecności. „Wrócił synek! Albert, chodź Misza jest w domu!” – tak zawsze krzyczała matka. I co z tego? Atmosfera miłości i rodzicielskiej opieki trwała tylko dzień. A co było potem? Zobaczcie sami.

8 lutego 1982 r. – wtorek

W domu jestem od dwóch dni. Czekam jaki dzisiaj sajgon sprezentują mi rodzice na powitanie. W sumie zacząłem normalnie, nawet poszedłem na kompromis. Gdy nikt nie chciał wyjść z psem i już zaczęto mi zarzucać, że to przecież mój obowiązek – skuliłem pokornie głowę i zapiąłem szelki na grzbiecie Jane. Łaziłem tak bez celu z psem przy nodze przez około dwie godziny. Powrót do domu był zawsze dla mnie jak powrót Odyseusza do Itaki. Jednak teraz miało być inaczej.

<trzask drzwi, odgłos zdejmowania butów, merdający ogon i sapiący w tle berneńczyk>

– Wróciłem! – krzyknąłem jak gdyby nigdy nic.

– I czego się smarkaczu drzesz? Nie wiesz, że nie wypada tak z samego rana? Jeszcze sąsiadów pobudzisz. – odezwał się tata.

Skuliłem więc się w sobie i powolutku, stąpając na paluszkach (wyczuwacie tą ironię w moim postępowaniu?) udałem się do swojego królestwa, a mianowicie swego pokoju. Przeleżałem trochę czytając książkę przy włączonym radioodbiorniku. Pamiętam, że czytając rozdział o tym jak umierają ludzie słuchałem The Final Countdown. To było jak przeznaczenie.

– Misza skarbie, chodź na obiad. Zrobiłam twój ulubiony gulasz z ryżem. – coś zbyt milo brzmiała ta wypowiedź matki, ale jeśli taka miała być, to zaskoczyła mnie nie niesamowicie.

Poszedłem. Zasiadłem do stołu. Wziąłem sztućce do ręki. I co mi z tego przyszło? Kolejny potok niemiłych słów ze strony ojca. Źle, bo podniosłem je, zanim on zdążył. Niedobrze, bo chciałem zacząć jeść bez modlitwy. Jeszcze gorzej, bo miałem zamiar zabrać się do jedzenia samotnie, a nie z rodziną. Więc poczekałem.

– Dobry nasz Panie, spraw aby ten posiłek, który jemy dzięki Twojej Bożej łasce był dla nas pożywny i zdrowy. Amen. – cała nasza trójka intonowała to w taki sam sposób.

Zaczęliśmy jeść w ciszy. Wypiliśmy kompot wiśniowy babcinej robótki do tego i udałem się pozmywać naczynia.

<odgłos wody w kranie, tłukące się o siebie naczynia, pies szczeka w tle>

– Synku, jak ci idzie na tych twoich studiach? – troska matki o moje oceny zawsze była nade wszystko przesadna.

– Mamka, mam poprawę z geometrii przestrzennej no i jeszcze nie wiem jak będzie z fizyką.

– Widzisz, a trzeba było się więcej uczyć. – wtrącił się jak zawsze niepytany o zdanie ojciec.

– Tato! Czy wy myślicie, że samą nauką żyje człowiek? Nie jestem głupi – i w tym momencie powinienem ugryźć się w język – i wiem, że żyjemy na takim poziomie materialnym tylko dlatego, że dziadek był z rodziny szlacheckiej!

Plask. Piecze mnie twarz. Cała prawa strona. Drugi plask. Nie czuję swojej twarzy. Wiem tylko, że oczy zachodzą mi łzami, a ja robię się coraz bardziej czerwony. Nie wierzę w to, co się dzieje mimo tego, iż to nie jest pierwsza taka sytuacja. Kłótnia trwała jeszcze długo. Kilka razy dostałem jeszcze w twarz. Nie pamiętam co mówiłem, ponieważ byłem w takim amoku, że wydawało mi się…. Czy trwało to tylko kilka minut? Nie, to nie jest możliwe.

Siedzę teraz, mój drogi czytelniku i piszę to. Jest wieczór, 8 lutego 1982 r., a ja jestem pod mostem nad rzeką Amstel i marznę. Wybiegłem z domu i znalazłem się tutaj. Nie wiem czy wracać. Jeśli to czytasz, to prawdopodobnie jest już schyłek wieku, bowiem pragnę zachować ten dziennik dla siebie. <plusk wody, słychać przepływającą łódź przez rzekę.> Nie jest najcieplej, ale wiem gdzie pójdę. On zawsze mnie przyjmował do siebie. Tak, piszę  o Arnie, moim przyjacielu od wielu, wielu lat. No! Czas się zbierać. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz tu zajrzysz i będziesz mógł porozmawiać z tymi kartkami papieru tak, jak robiłem to od zawsze. Żegnaj! Do najbliższego spotkania, choć nie wiem kiedy ono nastąpi.

Reklamy

About easyallstars

Do you really want to know something about me? There is nothing to talk about. I'm a normal guy from a small town. I love to listen a music, i hate to see a bad situations that happened to people. My life is like a word - i can create a new one in every moment of my life. I can recognize another one in you, maybe in you? Have a nice time with my blog. Zobacz wszystkie wpisy, których autorem jest easyallstars

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: